Opis działania Bożego w mojej duszy (m. Tajber)

(--) Pamiętam, że od pierwszej chwili nawrócenia mego, gdy tylko raz jeden pojęłam, że Pan Bóg przyjście Swoje na świat w postaci człowieka i wszystkie inne ofiary uczynił dlatego, że tak ukochał duszę ludzką i tak wielką jej cenę nadał – gdy pojęłam, że wszelkie bogactwa duchowe wysłużył dla tejże duszy naszej ludzkiej i tylko czeka, kto by się po te bogactwa zgłaszał i sięgał po nie – o! to On już miał mnie przy nich we dnie i w nocy, bo wciąż w nie siebie przyodziewałam. A wyczuwając, że Panu Bogu to moje przystrajanie się w Jego boskie klejnoty podoba się, używałam, ile mi tylko sił duchowych i umysłowych starczyło. Doszło do tego, że nieraz, gdy tylko o czymkolwiek myślałam, np. o Męce Pańskiej, zaraz mówiłam Panu Bogu, przymilając się, że ona cała jest moją własnością, więc każde cierpienie Jezusa, które wysługiwało dla całego rodzaju ludzkiego zbawienie, uświęcenie i zjednoczenie z Bogiem; kochając je całą duszą, jakbym wchłaniała w siebie i karmiła się całym Jego bogactwem.

Lub, gdy rozmyślałam o siedmiu darach Ducha Świętego, to zaraz mówiłam Duchowi Świętemu, że one wszystkie są moje, bo mój najmilszy Jezus je wysłużył, a On − Duch Święty w czasie sakramentu bierzmowania wlał mi w duszę i tak silnie te dary kochałam, że zdobywałam je u Boga bez wszelkiej trudności, nie tak myślą i rozumowaniem, jak miłością swoją dziecięcą, szczęśliwą i prawdziwie gorącą. Lub, gdy myślałam o przywileju Niepokalanej Dziewicy Boga Rodzicy, to tak Go w Matce Najświętszej kochałam, mówiąc do Niej, iż Ona będąc Matką mego Oblubieńca Boga, tym samym jest i moją Matką – a z Matką Boga przychodzą bogactwa i na dzieci, więc i Jej niepokalane piękno duszy i mnie się należy i jest moją własnością.

W ten sposób zabawiając duchowo i Boga i siebie w pierwszych latach nawrócenia mego do Boga – Bóg stał się moim najmilszym i najbliższym, żywym Ojcem, Zbawicielem, Bratem, Oblubieńcem, a Matka Najświętsza prawdziwie moją ukochaną Matką i przemożną opiekunką.
W Jezusie wszystko do mnie należało i cały rodzaj ludzki i nie tylko ta planeta, ale cały wszechświat, z nieznanymi mi tajemnicami i całym bogactwem duchowym i materialnym, a to, dlatego że Bóg w Trójcy Jedyny stał się też cały moją Najdroższą własnością.

Otóż taka była droga mego zjednoczenia się z Bogiem i Pan Bóg zawsze gorąco mnie zachęcał, ażebym do Niego tą drogą i całą ludzkość w przyszłości przyprowadziła, bo dusze kroczące tą drogą dziecięcej prostoty, miłości, wesela i całkowitego przynależenia do Niego Boga, a i posiadania Go są Mu wielce miłe, a nawet stają się po prostu Jego rozkoszą.

Nieraz w duszy mej również zapadała wewnętrzna duchowa ciemna noc! – lecz ja, zaraz wzorując się na ludzkim rozumie, który potrafi z nocy uczynić sobie jakby jasny dzień – używając, np. elektryczności czy innych sposobów oświetlenia, że doskonale w swoim domu wieczorem, a nawet i w nocy może pracować, a nawet, a nawet!... czas przyjemnie w rodzinie lub w innym towarzystwie spędzać. Toteż i ja zaraz sobie umyśliłam, że gdy Słońce Odwieczne − Jezus, duszy mej nie rozświetla, wtedy zapada jakby ciemna, ponura, duchowa noc – muszę też roztropnie już innym światłem, więcej sztucznym dom swojej duszy rozjaśnić i rozświetlić, bo strasznie nie lubię ciemności duchowych.

Otóż tym światłem wewnętrznym w taką duchową noc było tak najdoskonalsze poddanie się woli Bożej, rodzące pokój ducha, cierpliwość, zrównoważenie, a nawet ciche, głębokie wesele i szczęście na myśl, taka jest wola Boga najsłodszego.

Choć co prawda nie była to już ta jasność dnia Słońca Odwiecznego, która bije z wyczutej obecności Jego, Boga-Człowieka w duszy naszej, ale również rozkoszna, choć bez porównania mniejsza – bo w najcięższych chwilach życia – to ciche, pokorne zgadzanie się z wolą Bożą i ta usilna myśl, że taka, a nie inna jest wola Boga – przy najcięższych warunkach życia dawała mi słodycz i ubłogosławienie.

Toteż ani miłość własna, pycha i żadne zniechęcenie, bunty, ani szatańskie pokusy, nie zdołały wytrącić mnie z równowagi, ani przyćmić na chwilę mego szczęścia należenia do Boga i posiadania Jego Najsłodszego mej duszy (--).

Od pierwszej chwili całkowitego zwrotu mego do Boga zapragnęłam całą duszą żyć wolą Boga, a więc prawem Jego Boskiego Ducha i rozumiałam to dobrze, że o ile to prawo Ducha Bożego będzie miało we mnie moc swego prawa, wtedy dopiero i tylko wtedy będę posiadała w sobie moc Boga samego i już i ja będę miała prawo do tej mocy prawa bożego we mnie i nade mną przejawiającego się. A zatem zaczęłam usilnie, na każdym kroku i w każdej chwili życia dbać jedynie o to, ażeby Bóg najmiłościwszy mógł, a przez to i zechciał we mnie prawo Mocy Swego Ducha zakładać w głębie mojej duszy, a przez to, ażeby sprawiedliwie miał swe prawo we mnie i nade mną stwierdzać (--).

A wiec starałam się, ażeby moje postępowanie z bliźnim na zewnątrz i wewnątrz, całe było budowanie według woli Boga Najświętszego i tu zaraz starałam się w tę moc boską prawa Bożego wczuwać się, jak to ona moja dusze zasila i w jaki sposób czyni mnie umiłowanym dzieckiem Bożym, wierną służebnicą Bożą i rozkoszną Mu oblubienicą (--).

Zrozumiałam rzecz bardzo ważną, że tak samo jak prawo dobra ma siłę Boga samego w sobie, tak też i prawo zła ma siłę samego szatana.

I otóż Pan Bóg jest sprawiedliwy, dał człowiekowi rozum, wolną wolą i uzdolnienia duszy, jakich doskonałość Sam w sobie posiada – a przez to człowieka do Siebie upodobnił i przeznaczył go do tego, ażeby przeszedłszy przez czas próby, żyjąc Nim i dla Niego, znalazł swoje szczęście w upodobaniu się jak najpełniejszym Bogu, a przez to mógł dostąpić całkowitego w wieczności zjednoczenia z Nim (--).

Otóż zrozumiawszy, że moc ducha dobra musi ściśle rozwijać się właśnie w mej duszy, która to zrozumiała, musiałam wciąż tylko czuwać i czuwać, aby wciąż i wciąż, w każdej chwili życia nie tylko że nie utracić tego prawa dobra w sobie, ale żeby ono się potęgowało w przeróżny sposób jak najszybciej, ażeby niczym nie tamować jego cudotwórczego i cudownego wzrostu (--).

Zwracałam swoją myśl do Stwórcy Wszechmogącego i mówiłam Mu myślenie, lecz z cała potęgą mej spragnionej duszy: „Ja chcę posiadać wolną wolę, wolną od złych zamiarów, namiętności, a chcę ją mieć tylko dobrą, czystą i doskonałą. Chcę, ażeby moje zamiary podobały się Tobie, Boże, ażeby one nie były moimi, ale też i Twoimi, gdyż Ty Najmędrszy wiesz, co dobre, pożyteczne, doskonałe, a ja chcę stać się dobrą, pożyteczną i doskonałą”.
Tego rodzaju były moje rozmowy z Bogiem i modlitwy, które zanosiłam w codziennych mych przechadzkach.

Chcę posiadać myśli tylko czyste, wielkie, głębokie, wzniosłe, które by pochodziły od Ciebie Samego, Stwórco mój i Ojcze. Ja chcę z Tobą, bezpośrednio z Tobą obcować, boś ty mi dał życie i w Tobie moje życie, boś moim życiem!

Ja żądam od ciebie, Stwórco, ażebyś mi dał moc woli Swojej, która by odnowiła moje życie! Ja mam prawo żądać od Ciebie tego, boś Ty mi Ojcem, a ja Twoje biedne, osamotnione dziecię! Ja muszę otrzymać od Ciebie, Boga Stworzyciela, Ojca, pomoc, bo inaczej zginę, a Ty nie chcesz, ażeby to stworzenie i dziecię zginęło, któremuś dał życie i przeznaczył do wyższych, wspaniałych rzeczy, bo ono nosi podobieństwo Ciebie Samego: ma rozum, wolę wolną i nieśmiertelność.

Ja chcę − rozumiesz − ja pożądam, ja żądam, ażebyś mi się udzielił, bo bez Ciebie umieram! Umieram duchowo – a ja żyć chcę, żyć Tobą, w Tobie i dla Ciebie, o Dobry Boże!...
Ja widzę wkoło zło, a ono przecież nie z Ciebie Boże wyszło, a dlatego istnieje, iż twory noszące Twój obraz nie chciały tego, czego Ty chcesz Boże, a to, co same chciały. A więc ja nie chcę z nimi mieć coś wspólnego, zatem nie chcę nic sama ze siebie, nic! kompletnie!!!, a tylko to, co Ty chcesz, o Boże. Chcę żyć Twoją wolą, Twoją myślą, Twoją mocą, Twoim duchem, Twoim życiem! I oto ja muszę to, o co cię błagam mieć, boś Ty mnie po to stworzył, ażeby to, o co Cię proszę dawać, gdyż do tego przeznaczyłeś mnie i ja po to jedynie żyję, ażeby u Ciebie brać, jak najwięcej brać to, co Ty mi dawać chcesz!

Idąc szybkim krokiem (bo zawsze lubiłam w tym okresie prędkim chodem rozwijać w sobie energię szybszego, zdecydowanego myślenia i potęgowania w ten sposób zapału do coraz bardziej stanowczych postanowień, lecz też niekiedy na odludnym miejscu stawałam, aby lepiej zgłębić rzecz rozważaną) mówiłam dalej zapalona: „Ja chcę bystro, zdecydowanie, odważnie chodzić drogami Bożymi – chcę!, a więc już siłę woli mej potęguję i już idę a teraz Ty, Stwórco ukochany, daj mi światło, jaką drogą mam chodzić i co na tej drodze będzie Ci się podobało, bo chcę iść na przebój śmiało i gdy już raz pójdę – to chcę iść bez wytchnienia, aby tę drogę przejść i dojść do końca, do Ciebie Boże.

Tak, Stworzycielu, mój Panie, tu musi jasno, otwarcie i zdecydowanie być mi odkryta droga, którą mam iść, bo chcę iść, iść bez oglądania się, bez wielkiego namysłu, ale raźno, z heroiczną mocą i to iść wprost ku Tobie, Boże. Ja wiem, że ty mnie słuchasz i wysłuchasz, bo lubisz słuchać mowy dzieci, które chcą Ciebie poznać, ukochać i życie swe oddać Tobie.

Ja mam wolną wolę, wolę, którą mogę sięgać Ciebie, mego Stwórcę. Ale wola bez wyższej myśli może być najgorszym złem – widzę to wkoło, toteż chcę, pożądam i żądam od Ciebie Stwórco, ażebyś był łaskaw mi udzielić Swoje własne boskie myśli, bo ludzkie myśli, nad którymi zastanawiam się już tyle lat, a więc idee ludzkie, wszystkie choćby najwyższe, o ile od Ciebie wprost nie pochodzą, są w końcu głupie, czy mniej, czy więcej, a ja chcę posiadać Twoje myśli i Twoją ideę, bo one są mądrością samą, mocą prawa i najoczywistszym szczęściem (--).

Chcę, Mój Boże, abyś mnie bardzo kochał, chcę ażebym Tobie wielce się podobała, więc uczyń mnie taką, iżby oko Twe najłaskawsze, najmędrsze miało upodobanie we mnie. Ja chcę i to tak musi się stać, jak ja chcę, lecz Ty, przede wszystkim Ty, te chcenia w moją duszę wlewasz.

O Stworzycielu i Boże Odwieczny – nie umiem nikogo kochać, ani nawet Ciebie, a to rzecz straszna! – być stworzoną z miłości dla Miłości, a nie posiadać w sobie miłości i tylko mrok ducha, niechęci lub nawet nienawiść.

O! ja tak dalej żyć nie chcę – i nie będę! musi! musi koniecznie i po stokroć i po tysiąckroć musi wszystko we mnie się zmienić – ja tak chcę i Ty Boże też tego chcesz, a więc niechże nasze chcenia zleją się w jedno wielkie chcenie i niech się stanie to, co Ty chcesz.
Ja nie chcę tego czego chcę, bo ja nic już nie chcę, co byłoby moim chceniem, a chcę tylko to, co Ty Stwórco Najłaskawszy Mój Panie chcesz! (--).

Otóż podobne ćwiczenia woli, myśli, uczuć i ducha w tych poprzedzających latach mego odrodzenia miewałam – i tego rodzaju modlitwa poczynała rodzić się w mojej biednej, stęsknionej za Bogiem duszy, a zamrożonej różnymi cudzymi myślami, głupich „mędrców” tego świata.

Wtedy o Chrystusie Panu, Matce Najświętszej i świętych Pańskich jeszcze nie myślałam i wcale ich pomocy nie wzywałam, a tylko Stworzyciel, Bóg był mi Ojcem, Bratem, Siostrą, Matką, Przyjacielem, z Nim jednym obcowałam w ten sposób i przemawiałam do Niego nawet jakby zuchwale.

Ale widać moja siła chcenia, myślenia, choć tak ostra i na pozór zuchwała, podobała się Bogu, bo widział dobrą wolę i moje pragnienie całkowitego oddania się Jemu Bogu, bo w chwilach takiego wołania duszy, niekiedy wlewała się we mnie jakoby jakaś odwieczna potęga czasów i bytu i Bóg − Stwórca wszechrzeczy i ja − stworzenie, stawaliśmy sobie jakby naprzeciw – On Wszechobecny, Wszystkowiedzący, Wszechmocny, a ja maleństwo nic niewidzące, ograniczone, słabe, otwierające na oścież swą maluchną duszę i chcące jakoby Tego Nieograniczonego Boga w sobie pochłonąć i swym maleństwem całego zebrać, aby Go posiąść na wieki (--).

Od chwili oddania się mego Bogu – a szczególnie od chwili bierzmowania, dusza moja znalazła specjalny smak w woli Boga najdobrotliwszego, nie patrząc na to, czy przejaw tej Jego woli był miły sam w sobie dla mnie, czy przykry, a nawet bolesny – wszystko jedno, wola Boża stała się mej duszy rozkoszą i pokarmem najbardziej odżywiającym duszę moją poza pokarmem sakramentalnej Komunii świętej.

A nawet stało się tak – że, gdy przyszło coś ścierpieć, (a było niemało co ścierpieć od samej pierwszej chwili poświęcenia się mego Bogu) to tym bardziej w takich chwilach ta wola Boża była mocą moją, bo kochałam ją jeszcze bardziej, bo jeszcze większą dawała mi ona rozkosz duszy, gdyż w takich chwilach, choćby najboleśniejszych chwilach przejawu woli Bożej, a z mej strony cichego trwania przy Bogu lub kochania Boga, Bóg stawał mi się stokroć razy droższym Ojcem, Bratem, Opiekunem, Zbawicielem, Oblubieńcem, aniżeli by mnie obdarzył największą rozkoszą miłości Swej (--).

Myśl: „Wola Boża”, „Dopuszczenie Boże” wystarczała, ażeby największy niepokój ducha, strach, niechęć, złość, lenistwo, itp. uczucia i myśli we mnie pokonać. Toteż z tchórzliwej stawałam się mężna, z niecierpliwej, upartej – uległa, z leniwej – dzielna, ze zbuntowanej – cicha, z pysznej, zarozumiałej – pokorna, z samolubnej – ofiarna, itd., a więc jakoby jagniątkiem cichym, całkiem poddanym na ofiarę miłosną Boga i bliźniego.

A wszystko to dlatego, że tak kochałam treść tego jednego, krótkiego zdania „Wola Boża” – i wtedy stawał mi się już obojętny sam fakt przejawu tej woli Bożej, lecz drogim mi było najdroższe „chcenie Boga”!

Chcenie Boga skierowane do mnie i mające nade mną władzę było, (a i jest) dla mnie czymś tak wielkim, tak drogocennym, tak ukochanym, że trudno wyrazić, to moje zrozumienie słowami, gdyż ono jest zbyt mistycznym przejawem życia Boga w duszy i życia samej duszy.
Chciałam to zrozumienie określić w ten sposób, że wolę Bożą wyrażającą się nade mną bez oglądania się na to jaka ona sama w sobie była – uważałam za największy zaszczyt dla mnie, który mnie spotkał ze strony Boga względem mnie (--).

„Wola Boża” to tak krótkie, z dwóch zaledwie słów złożone zdanie miało nade mną, tak żywego usposobienia duszą, przedziwny, niewymowny wpływ, że mogę śmiało z całą prawdą powiedzieć, że gdy tylko sobie wspomniałam, czy to w ciężkich, czy zbyt wywyższających i wynoszących mnie chwilach, jedną tylko myśl: „Wola Boża”, a już dusza moja poczynała napawać się jakimś wspaniałym, uroczym, duchowym napojem, robiło wrażenie jakby „coś” z Boga samego wlewało się we mnie i zasilało, ubłogosławiało duszę moją (--).

A więc praca moja nad udoskonalaniem w sobie życia wewnętrznego i pogłębiania go wcale nie polegała na tym, ażeby wyzbyć się wad i wypływających z nich wszelkich niedoskonałości przez jakieś specjalne ćwiczenia, lecz tylko na tym, ażeby wzbogacać się w miłość Boga przez ukochanie we wszystkim woli Boga najdobrotliwszego, gorejącego ku mnie odwieczną miłością, a w tym wzbogacałam się i w miłość bliźniego i w miłość ku samej sobie.

Rozwój mego wewnętrznego życia opierał się głownie na wzbogacaniu siebie w dobra duchowe, a nie na samym wyzbywaniu się czegoś złego, niedoskonałego, gdyż nędza, uważałam, przez to wzbogacenie się duchowe samo przez się we mnie ginąć musiała. I to był system, według którego Bóg Najświętszy moją duszę prowadził od samego początku powołania mego (--).

Uczyłam się tę wolę Bożą kochać zawsze, wszędzie, całą duszą, i to kochanie uważałam za pierwszy swój obowiązek – bo kochać Boga, a nie kochać woli Boga, która nad nami w przejawianiu się wszelkim wyraża, uważałam za kłam zadawany przez nas Bogu „niby” umiłowanemu. Bo tylko ten prawdziwie kocha Boga, myślałam, kto ukocha całą duszą wolę Tego Boga (--).

Zaczynałam coraz lepiej rozumieć przeżywania najwyższego męczennika i Zbawiciela rodzaju ludzkiego Jezusa podczas Jego męki krzyżowej i Matki Jego Bolesnej – wczuwałam się w te przeżywania i wgłębiałam się (bo sam Pan Jezus mnie wprowadzał w te tajemnice zbawczych Jego boleści), w jaki to sposób Oni przez pełnienie woli Bożej, kochanie tej woli, przeprowadzali dzieło odkupienia.

Rozumiałam i wyczuwałam coraz lepiej, że pełnienie woli Boga jest pokarmem duszy i słowa Pana Jezusa do apostołów: „Moim pokarmem jest, abym czynił wolę Tego, który Mnie posłał, abym wykonał sprawę Jego” (J …). Stały mi się całkiem jasną rzeczywistością duchową, przeżytą w życiu mym własnym (--).

Notatki o przeżyciach wewnętrznych

Notatki spisane w Żytomierzu w dniach 9 VIII 1918 – 27 III 1919

Wiem, że sama ze siebie nie mogę Ci się Panie Jezu tak podobać, więc obieram sobie za patronkę tego przypodobania się Tobie Matkę Twoją Najświętszą, Oblubienicę Ducha Świętego. Gdy Ona mnie prowadzić będzie, jestem pewna, że Ci się przypodobam, gdyż Ją, Najświętszą Dziewicę, obrałeś Sobie za Matkę. Ona zawsze mi będzie świeciła Swoją pięknością niebiańską i będzie taką mnie czyniła, jaką Ty mnie pragniesz mieć, o mój Drogi Jezu.

Matko Pana naszego! Błagam Cię przez pamięć tej chwili, gdy Archanioł Gabriel zwiastował Ci, że staniesz się Matką Zbawiciela świata, błagam, prowadź mnie, bym stawała się Twemu Boskiemu Synowi, coraz milszą, gdyż On mnie wybiera Sobie i chce mnie mieć za Swoją oblubienicę, oblubienicę w tym zepsutym XX wieku.

Uproś mi łaski, bym nigdy Chrystusa nie obrażała, bym Go kochała miłością seraficzną, służyła Mu z nieugaszonym zapałem, zupełnym zaparciem się siebie. Przecież i Ty, Matko ukochana, tego pragniesz od dzieci Swoich, a stworzeń Syna Twojego. Już nawet teraz dosyć często czuję się tak złączoną w duchu z Chrystusem Panem, że nie czuję żadnego przedziału między Duszą Jego Boską, a duszą moją ubogą, chwiejną i cała zatapiam się − jeśli można się tak wyrazić − w Jego miłość.
***
(--) Wtedy nie umiałam się modlić, bo zapomniałam. Teraz w chwili pokusy, oschłości, czy niepokoju mam lekarstwo nadzwyczaj skuteczne. Najpierw się przeżegnam, jeżeli znajduję się sama, albo uczynię to w myśli, będąc wśród ludzi i przepraszam Pana Boga, że choć na jedną chwilę wpuściłam takiego niemiłego gościa do siebie.

Nieproszony gość od razu wynosi się, bo mu niemiło być w domu, tj. u człowieka, który tak się stara zaszczepić jedynie tylko dobro, piękno, prawdę i przygotowując szczerze swe serce dla tak wielkiego gościa jak Chrystus Pan, prawdziwy Syn Boży, nasz Stwórca i Odkupiciel.
Jak teraz jestem szczęśliwą, to trudno opisać, bo mogę często, a nawet co dzień zapraszać i przyjmować Ciebie, Boże, do serca mego. Tak byłam dawniej nieszczęśliwą, bo samotną, w duchu tęskniąc za czymś nieokreślonym – a teraz mogę Cię zapraszać nie tylko myślą, lecz sakramentalnie przyjmować, a to jest wielka różnica. Wierzę i to wierzę bez granic słowom Twoim: „Kto pożywa Ciało Moje i pije Krew Moją, we Mnie mieszka, a Ja w nim” [J…]. Cóż może być dla mnie milszego na świecie, jak upiększanie, przy łasce Twojej, ubogiego serca mego, w którym Ty masz zamieszkać, cnotami, a szczególnie miłością.
Tak wielką − tak zajmującą i pochłaniającą całą mą osobę − mam pracę nad sobą, że chcę żyć jak najdłużej, żeby tę pracę doskonalić i innych pociągać, a przez to zasłużyć na śmierć świętą i życie wieczne w harmonii niebieskiej.

Ta myśl jednak schodzi na plan drugi wobec ogromnej chęci wywdzięczenia się całym życiem moim choć w części Chrystusowi za łaski, którymi jeszcze na tej ziemi nas obdarza.
Pięć, a nawet dwa lata temu pojęcia nie miałam, że tak można być szczęśliwą kochając Boga! Nie darmo moja dusza czuła, że człowiek zupełnie uszczęśliwić mnie nie może.

Teraz, gdy Bóg łaskawy zawitał w moich myślach, sercu, kocham wszystkich; nawet złych zaczynam kochać, lecz naturalnie mam w sercu różne stopnie miłości.

Kocham dlatego, bo to są dusze, tym stworzone prawem, co i ja i przeznaczone do tego samego celu – miłowania Boga, ale one biedne są w ciemności jeszcze.

Teraz rozumiem tych wielkich myślicieli, którzy wciąż piszą o bratniej miłości, lecz oni mi jej nie dali, bo rozumem nie można miłości zaszczepić w sercu.

Trzeba prosić i to silnie, szczerze prosić Stwórcę, Odkupiciela, ażeby mam swego ducha miłości dał, wtedy ta bratnia miłość tak się potęguje i wzrasta, ze sam się dziwisz, jak ta cnota w krótkim czasie daje wielkie owoce.

Przedtem ogromnie brzydziłam się żebraków i zawsze miałam kłopot myśląc, czy mój pieniądz dany im nie popchnie ich w gorszy jeszcze nałóg, jak pijaństwo, itp. Dlatego też nie lubiłam udzielać jałmużny. Dziś dając komuś jałmużnę, choć on jest ohydnie brudny, albo nawet ranami okryty, nie czuję wstrętu, a przeciwnie, jest mi go żal serdecznie, że cierpi.
Zrozumiałam teraz tych świętych, którzy mogli całymi dniami przebywać z nędzarzami, podnosząc ich ducha z upadku i krzepiąc ich wątłe siły.
Oni czuli się wtedy daleko szczęśliwszymi, aniżeli my w najpiękniejszych salonach, słuchając cudownej muzyki wśród wykwintnego towarzystwa, rozmawiając choćby o wzniosłych, pouczających rzeczach.
Ci święci, którzy starali się nigdy Boga nie obrażać, którzy wszystko czynili jedynie na chwałę Jego, oni byli prawdziwie szczęśliwymi w biedzie i niedostatku. Bo czyż można tego człowieka nazwać inaczej, niżeli najszęśliwszym na świecie, w którym Sam Bóg mieszka?!

(--) Klasztor jest to zgromadzenie dusz miłujących Boga, oddanych zupełnie na służbę Jego świętą. Obowiązkiem tego zgromadzenia jest: dziękować za życie Chrystusa Pana tu z nami, Przenajświętszym Sakramencie, przepraszać za zniewagi co dzień wyrządzane Mu przez ludzi, upraszać nowe łaski, a najgłówniejsze − miłować i to miłować Go bez granic.

Cóż to za wielki i wzniosły obowiązek, tak swoją duszę oczyszczać od najmniejszej skazy, aby żadną myślą, odruchem nawet nie obrazić Boga, który żyje wśród nich – lepiej się wyrazić − w nich samych.

Bóg otrzymuje jednymi częściowo od tych dusz tę miłość, która należy Mu się od wszystkich ludzi. Niestety ludzkość dotychczas jest w tak małym rozwoju duchowym: Ludzie tak są bardzo pogrążeni w marności [tego] świata, że o Bogu tak mało, albo wcale nie myślą – i nie spłacają mu należnego długu miłości – i co za tym idzie – modlitwy.

Czasami widzę w wyobraźni następujące obrazy: nastaje dzień, jedni budzą się w przygnębiającym usposobieniu, gdyż muszę ciężko pracować na kawałek chleba, i z tego powodu nie mają czasu na modlitwę poranną, rozpoczynając dzień tylko znakiem krzyża świętego i szczerym westchnieniem do Boga, prosząc o błogosławieństwo; inni w ciężkiej chorobie nie mogą wznieś swego ducha, gdyż bóle straszliwe odbierają im prawie zmysły; inni znowu – lekceważą sobie tę łączność swego ducha z Bogiem (--).
Są też takie dusze, które wcale o Bogu i o swojej biednej duszy nie wiedzą (--). A ilu z nich umiera tęskniąc za Bogiem, lecz nie znając Go?

Wielu chrześcijan umiera w grzechu, nie mogąc się wyspowiadać i połączyć się z Chrystusem Panem z powodu wypadku, nagłej śmierci lub jeszcze innej przyczyny.

A wielu też bywa takich, którzy wracają nad ranem do domu, gdyż całą noc spędzili na obrażaniu Boga i pracy na potępienie swojej duszy, przemieniając swym grzesznym życiem noc w dzień, a dzień w noc. Niestety takich jest wielu. I to jest całe nieszczęście społeczeństwa każdego.
Ileż to zabójstw i zbrodni przez jedną dobę się dzieje na tym Bożym świecie? (--).
Wiemy z nauki, że mózg ludzi jest bardzo wrażliwy na wpływ myśli otaczających go. Popełniona zbrodnia nie szkodzi temu, który ją popełnił, lub temu na którym spełniona została, ale szkodzi całemu społeczeństwu, na które wylewa się i oddziaływa ujemnie.

To samo dzieje się w odwrotnym kierunku: jeżeli dusza jaka zaczyna się podnosić, uszlachetniać, nie tylko ona siebie ratuje, lub otaczających ją, ale dla całego społeczeństwa jest cenną, bo żyjąc w harmonii z Bogiem wnosi na świat nasz harmonię.
Boże drogi! Żeby to ludzie zrozumieli, jak cenne są ich dusze, gdyż w krótkim czasie, przy pomocy Twojej mogą się stać nie tylko szczęśliwe same w sobie, ale są skarbem całej ludzkości − prawdę mówiąc − Twoim skarbem, o Boże !

Czasami tak by się chciało krzyczeć na cały świat, ażeby ludzkość się zastanowiła nad duszą, czynami swoimi, ażeby powróciła do Boga miłując Go bez granic, a tym pomagała bliźniemu. Lecz muszę się wstrzymać całą siłą i wierzyć jedynie w potęgę modlitwy (--).

Czyż takie dusze nie są pożądane dla ludzkości; takie które by mogły z zaparciem ofiarować się Bogu na służbę, miłując Go bez granic: zasyłając i wiążąc swoje myśli, duszę z Bogiem?
Bóg zawsze wysłucha prośbę swego stworzenia, które prosi nie tylko o zbawienie dla siebie, ale przeciwnie, nie może być szczęśliwe póty, dopóki nie zobaczy, że przez jego modlitwy, czyny lub nauki choć kilka dusz będzie zbawionych. Te ukochane dusze, z których niejedne w tym przemijającym życiu żyły tak krótko, jak np. święty Stanisław Kostka, mogą całe wieki dopomagać ludzkości.

Czasami słyszę podobne słowa: że Chrystus mógł to wycierpieć lub cuda czynić, bo był Bogiem, a od nas tego nie można wymagać.

Tak! Porównywać się z Chrystusem nikomu nie wolno, ale trzeba nie zapominać, że jeżeli Mu oddajemy się zupełnie, On przez nas działać może. Mamy dosyć przykładów z naszych świętych. Oni ze swojej strony jako zwykli śmiertelnicy nic nie mogli uczynić, ale jako słudzy Chrystusa mogli nie tylko uzdrawiać, ale i wskrzeszać umarłych.

Cała tajemnica jest w tym, aby starać się nie grzeszyć. To znaczy dać drogę tylko Duchowi Świętemu, Chrystusowi Panu, a najgłówniejsze – miłować i wierzyć, wierzyć bez granic!
Wiem jedno – nie tylko, że wierzę, ale wiem, że w Przenajświętszym Sakramencie jest Sam Chrystus Pan. Kto Go zna choć trochę, nie zaprzeczy temu, że to jest Syn Boży.

Czyż zwykły śmiertelnik odważyłby się powiedzieć coś podobnego, jak: „Bierzcie i pożywajcie, to jest ciało Moje; pijcie, to jest krew Moja” […]. Wierzę, że nikt by nawet uwagi nie zwrócił na te słowa, gdyby ich nie wyrzekł Sam Bóg. Czyżby ludzkość na tyle naiwną była i dwa tysiące lat pożywała opłatek biorąc to za ciało święte, wierząc w słowa jakiegoś tam ubogiego syna cieśli (--).

Gdyby Chrystus Pan nie był Bogiem i nie dawał łaski uświęcającej w Przenajświętszym Sakramencie, to słowa wyrzeczone przez Niego zatarłyby się wśród świata, jak i inne puste słowa.

Słowo Chrystusowe – jest słowem zbawienia i nigdy wartość jego się nie zmniejszy, bo to jest słowo Siły – Boga.

To jest Słowo, które stało się Ciałem (--).
Bóg łaskawy obdarzył nas duchem nieśmiertelnym. I gdy ten duch, który jest maluśkim pyłkiem mgły (jeżeli można tak się wyrazić) połączy się z Duchem Chrystusowym, może się stać podobnym Bogu, bo zawiera w sobie, lepiej powiedzieć, daje w sobie miejsce wyłącznie Bogu.
Ach! Gdyby to ludzie mieli prawdziwą wiarę w obecność Chrystusa Pan w Przenajświętszym Sakramencie przyjmując Go do swego ubogiego serca, staraliby się nie popełnić najgłówniejszych przewinień, w które są bardzo bogaci. W taki sposób daliby możność działania duchowi Chrystusa Pana w sobie i przez siebie. Chrystus Pan może swoją mocą od razu człowieka zmienić, przeistoczyć. Lecz On Bóg chce, aby z naszej strony mieć niezachwianą wiarę i szczere oddanie się Jemu; ażeby ten dar rzeczywiście był darem pochodzącym z wolnej woli dającego, a nie wymuszonym, choć Bóg przecież ma do tego prawo, ale nie chce, bo dał nam rozum i wolną wolę, którą możemy na zbawienie swoje i bliźnich swoich użyć, lub też i na wieczną naszą zgubę. Gdy człowiek choć trochę się garnie do Boga, Bóg łaskawy zaraz darzy go różnymi łaskami (--).

Zamieszkując w takiej duszy Bóg przekształca ją w Siebie. Myśl tej duszy jest myślą samego Boga. A dlatego tak silną, że choć ta istota nie jest widzialną dla oka ludzkiego, gdyż jest ukryta w klasztorze i nie może służyć przykładem dla oka ludzkiego, działa jednak na całą ludzkość nad wyraz potężnie, nie tylko podczas swego życia w ciele, ale całe wieki w życiu innym bez końca. Mamy przecież dowody tego w naszych świętych.

Tak by się chciało każdemu człowiekowi z osobna wytłumaczyć, jakie są najgłówniejsze obowiązki jego wobec Boga i pociągać do Niego, gdyż jestem żywym przykładem XX wieku, że Bóg nie gardzi swoim stworzeniem i jest tak hojny w swoich darach.

Trudno by mi było zrozumieć i odczuć jakie to jest bezgraniczne szczęście, gdy Bóg raczy przemawiać do Swego stworzenia, gdybym sama tego szczęścia nie odczuła na sobie.
Tak często! Ach! Tak bardzo często słyszę, że w klasztorach wcale nie jest tak idealnie, jak ja sobie wyobrażam.

Wierzę temu, że nie zupełnie tak jest, lecz po cóż mi Pan Bóg daje takie pojęcie o klasztorze.
Mówię – jeżeli Bóg mi daje pojęcie, jakie obowiązki są zakonnicy i jaką korzyść one ponoszą społeczeństwu, więc to już po części dowodzi, że jest w tym wola Boża, ażebym szła do klasztoru, bo kogo Bóg powołuje do służenia sobie, temu daje zrozumienie i pociąga do tego życia i pracy.

Idę jedynie z zamiłowania, powołania, a nie z innych powodów. Życie piękne mogę mieć i wśród ludzi, świata, lecz przed paru laty, jak już pisałam o tym, wciąż prosiłam Stwórcę, ażeby mi ukazał miejsce, w którym żyjąc, spełniałabym wolę Jego boską i żebym mogła być szczęśliwą z tego powodu.

Otóż Bóg łaskawy nie dał się długo prosić, ponieważ wskazał mi takie miejsce święte do pracy, że teraz przygotowując się do niego…, już czuję szczęście bez granic.

Wiem o tym dobrze, że praca prawdziwa nad sobą i inna jeszcze dopiero teraz się rozpocznie. Lecz mam nadzieję, że Bóg łaską swoją wesprze i da siły do wytrwania we wskazanej drodze.
Następujący obraz przedstawił się przed oczami wyobraźni mojej: wpośród miasta wielkiego stoi elektryczna stacja, w której naturalnie stoi olbrzymi akumulator. Prąd elektryczny płynie po drutach swobodnie − jeżeli wszystko jest w porządku − i daje światło całemu miastu, a również siłę na wprowadzenie w ruch tramwajów lub innych jeszcze potrzeb ludzkich. Najciemniejsze zakątki mogą być oświetlone, przemieniając ciemną noc swoim światłem prawie w dzień zupełny.

Wśród ludzkości to samo się dzieje. W duszach ludzkich panuje straszna ciemność, pustka! Dusze, które z zaparciem się siebie oddają się na służbę Bogu, ściągają łaskę Bożą na te biedne dusze przebywające w ciemności.

Zgromadzenie dusz, które poświęca się jedynie na to, aby Ducha Bożego w sercu nosić, zachować, są tym sposobem żywymi ołtarzami. Jedynym dążeniem Chrystusa Pana było i jest, ażeby żyć w duszach ludzkich, a nie tylko w kościołach w cyborium. Właśnie te dusze żyjąc ściśle z Chrystusem Panem, tym sposobem tworzą jakby żywy akumulator, który w sobie zawiera boską siłę, bo Ducha Bożego.

Przecież święci na tyle byli pełni Ducha Bożego, że jednym dotknięciem ręki uzdrawiali nawet kaleki od urodzenia.

Klasztor powinien przedstawiać sobą nie co innego, jak stację boską, w której koncentruje się Duch Chrystusowy i za pomocą modlitwy i błogosławieństwa rozpływa się na wodzów ludzkości, najgłówniej na misjonarzy, kapłanów, uczonych, myślicieli, itd., ażeby to w nich ten Duch Święty raczył zamieszkać i błogosławił ich pracom: posługiwał się nimi jako narzędziami swoimi, ażeby oni mogli prowadzić całą ludzkość i służyć jej przykładem (--).

Jedynym zadaniem i celem tej stacji (klasztoru) jest: chwalić Boga, dziękować Mu za łaski, które daje nam za pomocą świętych sakramentów, wyraźniej mówiąc − dziękować za przyjście Syna Bożego, Matki Jego i Zesłanie Ducha Świętego itd. (--). Przebłagać zniewagi, śmiertelne grzechy, które ludzkość popełniła względem Boga, siebie i bliźniego, itd.
Upraszać łaski dla całej ludzkości – tych biednych wygnańców, dzieci Ewy.

Co za przestwór! Jaka to wielka, bezgraniczna praca! Jakim musisz stać się czystym w duchu i na ciele, ażeby móc te święte obowiązki spełniać!

Bóg powołuje nawet grzesznika do służby swojej wolą Swoją świętą, czyniąc go świętym.
Jednym słowem Bóg ulecza cielesnego kalekę, a tym bardziej kalekę duchową. Mam na sobie żywy przykład. W Bożej mocy jest zachować czyste dusze, ale też i z grzesznika uczynić świętego jest w Jego mocy! (--).

Bóg czuwa nad tymi duszami, które Mu służą wiernie, więc tym bardziej spokojną jestem, bo nie tylko z mojej woli chcę tam iść, ale wiem i czuję, że to jest wola samego Boga.
Nie jestem samotną, bo już nawet teraz czuję się złączona duszą z Chrystusem Panem, którego miłość jest wieczną jak On Sam.

Ach! Jak jestem bezgranicznie szczęśliwą! Niczego nie pragnę, jedynie tylko spełniać Jego słodką wolę.
Tak by się chciało całemu światu krzyczeć, opowiedzieć jaki Bóg jest łaskawy! Jak kocha swoje stworzenie! Lecz niestety, trzeba wciąż się powstrzymywać i w skrytości przed Nim tylko swoje uczucia wylewać, bo zaraz ludziom się wydaje, że jesteś przesadną.

Rozumiem ich, że nie mogą tego pojąć, bo przecież nie dawno sama tego pojąć nie mogłam (--).

Jestem bezgraniczne szczęśliwa, że mnie, marnotę, Bóg łaskawy raczy powoływać do tak wielkiej, pięknej, wiecznej służby Swej i daje Siebie miłować, i za to niech Mu będą dzięki na wieki wieczne! (--)

Jezu! dziwne mam dziś uczucia.
Czasami mam chwile smutne, bo żyję między ludźmi, którzy nie mogą nic wiedzieć, jak ty mnie prowadzisz i pociągasz do Siebie: zresztą nie zrozumieliby mnie może nawet, gdybym im opowiadała o tym.

To znów jest mi przykro, że Ty obdarzasz mnie coraz większymi łaskami, a dla wielu być może nigdy znanymi nie będą – które mnie tak silnie pociągają do Ciebie, wzmacniają i pomagają do doskonalenia ducha, a które są niewidzialne dla oka ludzkiego. Tak bym pragnęła świat cały pociągnąć do Ciebie, o mój Jezu drogi!
To mi jest ciężko, gdyż czuję się tak marną i niedoskonałą: wątpię, żeby to być mogło prawdą, że Ty, Najświętszy, mnie powołujesz do tak wielce świętej pracy.
To mi się robi tak strasznie pusto w sercu, gdy spoglądam na życie ludzi bez Ciebie Boże i myślę, jak to ja byłam nieszczęśliwa, odchodząc od Ciebie – bez którego dziś już żyć nie potrafiłabym zupełnie.
To mi nawet straszno, gdy patrzę na swoją nieumiejętność, słabość i niedoskonałość, a ty zaczynasz mnie prowadzić i wkładasz na mnie tak odpowiedzialną pracę. Lęk ten usuwam z mojej duszy, pamiętając na to, że Ty bardzo wiele razy posługiwałeś i posługujesz się najsłabszymi istotami, żeby wykazać moc Swoją (--).

Dusza tęskni gdzieś w bezgraniczną dal, tam szuka w przestworzu punktu oparcia dla siebie. Wiem, że tym punktem oparcia jest Chrystus, który jest tak blisko, a przy tym czasami niedoścignienie daleko! Żeby do Niego się przybliżyć, daleką podróż odbyć trzeba.
Ach! Jak On jest daleko! Jak daleko!...

Nie wiem, czy to kto zrozumie, gdy powiem, żeby do Chrystusa dojść ach! Jak długo i daleko iść trzeba! Co za długa [i] bez końca prawie droga!

On – Ten Wszechmocny Pan – On może do nas zawsze przychodzić, wtedy jesteśmy blisko, blisko Niego, lecz my do Niego tak bardzo daleką drogę odbyć mamy, gdyż doskonałość nie ma granic. A Chrystus powiedział: „Doskonałymi bądźcie, jako Ojciec wasz niebieski doskonałym jest!”[…].

Notatki spisane w dniach 9 X 1919 – 27 II 1920

Oblubienica Duszy Chrystusowej nie powinna mieć czasu na próżnowanie. W tym słowie „próżnowanie” wszystko się zawiera co odciąga, oddala od Chrystusa Pana.
Oblubienico Duszy Mojej, gdy na duszę twoją nadejdzie oschłość, powiedz sobie silnie, z powagą ducha: „Nie mam czasu na oschłości… Czas jest mi dany na to, bym Boga kochała i za łaski Jego dziękowała Mu, więc precz oschłość z duszy mojej”.

Gdy cię zacznie ospałość, oziębłość ogarniać, również powiedz sobie: „Nie mam czasu”. Wyobraź sobie gotowość duchów niebieskich, które są zawsze gotowe do spełniania woli Mojej.

Gdy zaczniesz nieuważnie pacierze odmawiać, pobudź siebie od razu do modlitwy doskonałej, mówiąc: „Nie mam czasu na niedbałe odmawianie pacierzy; nikt mnie w tym nie zastąpi, a czas życia mego na ziemi zmniejsza się z każdą chwilą”.

Gdy przyjdzie na cię trwoga zamieszanie jakie, również powiedz sobie: „Nie mam czasu”.
Gdy zacznie się obawiać o los przyszły i tym sposobem niepokój w jej duszy powstanie, niech siebie w tym utwierdzi i upewni, że nie ma na to czasu.

Gdy choroba ją przygnębi, czyniąc ją niezdolną, nie cierpliwą, niech sobie od razu powie: „Nie mam czasu na niezadowolenie i niecierpliwość”.

Gdy sama siebie zacznie uwielbiać, niech z pośpiechem i przejęciem powie: „O głupoto moja, idź precz, nie mam na cię czasu”.

O zmartwienie jakie zechce ją opanować, gryźć ją, pamięć zaprzątnąć i spokój duszy jej zamącić, niech sobie z siłą wewnętrznego ducha swego powie: „Na to nie mam wcale czasu”.
Gdy pamięć o przeszłym jej życiu, o rodzinie, przyjaciołach odrywać zacznie, a tym samym ją niepokoić, niech sobie szczerze powie: „Nie mam czasu na to”.

Gdy tęsknota ją za kimś lub za czymś ogarnie, niech żywo, z silnym postanowieniem sobie powie: „Nie mam na to czasu”.

Gdy uczuje się osamotnioną w duszy, niech z uszanowaniem dla Chrystusa Pana powie: „Nie, mój Jezu, tego nie chcę, na to zupełnie nie mam czasu”.
Gdy stanie cała w płomieniach niepokoju, niech z odwagą świętą, z boską odwagą sobie powie: „Nie, na to ja nie mam ani chwili czasu”.
A gdy złość ją ogarnie, niech z uśmiechem na twarzy, jak i na duszy, powie: „O, na to już zupełnie nie mam czasu”.
Gdy tylko coś zacznie ją odciągać od Boga, choćby najmniejsza niedoskonałość, niech zawsze z pełnią energii i siłą ducha powie: „Nie mam na to czasu”.
Gdy bezsenność ją trapić będzie, niech również z żywością powie: „Nie mam na to czasu, gdyż jutro muszę prawdziwie, z całą potęgą mego ducha kochać i chwalić Boga, więc czasu nie mam na bezsenność”.

Podobne czuwanie nad duszą swoją w krótkim czasie uczyni ją zahartowaną i uczyni ją więcej skupioną.

19 X 1919.

O, Boże, jak ja marnuję czas, czas tak drogi i piękny. Jestem mało zjednoczona z Tobą, o Jezu. Ty mnie obdarzasz tak potężnymi łaskami, a ja nie umiem jeszcze szczerze za nie dziękować, należycie z nich korzystać i ich używać tak dla swego dobra jak i innych dusz.
Ach, kiedy to już całkiem będę należała wyłącznie do Ciebie mój Jezu. Czas, ten cudowny przewodnik, ten przyjaciel nieoceniony, łącznik między niebem a ziemią, jest przeze mnie tak mało ceniony. Jego ja pragnę użyć wyłącznie na to, by on mnie złączył, zjednoczył z Tobą, Chryste Panie. Kiedy to nastąpi czas taki, że umrę dla wszystkiego, co od Ciebie odciąga, odrywa, więc i dla siebie samej, a będę żyła jedynie Tobą, moim Bogiem.
Jezu, uczyń ze mną tak, bym zapomniała, że żyję na ziemi, a żyła duchem wyłącznie w niebie z Tobą, przy Tobie, dla Ciebie.

Tak trudno mi jest oderwać się od samej siebie, lecz ta trudność pochodzi stąd, że duch mój, moja dusza jest jeszcze ospałą, leniwą. Przecież ty takie łaski mi dajesz, że tylko westchnąć mi trzeba, a czuję od razu siebie przy Tobie. Lecz leniwą jestem, więc dużo, bardzo dużo chwili w dniu upływa bez życia duszy mojej w Twojej Boskiej Duszy. Ach, wybacz mi Jezu, moją opieszałość względem miłości Twojej. Widzisz, że pragnę sercem, duszą całą należeć wyłącznie do Ciebie.

Wiem, że jeżeli taki czas nastanie, że zatracę swoją wolę, pamięć, świadomość, wszystko, wszystko, co w duszy posiadam w Tobie – o wtedy niebo będzie w duszy mojej, gdyż Ty Najświętszy, będziesz odpoczywał w niej jak w raju.

Jezu, tęskno mi do nowicjatu, lecz nie ziemskiego, a takiego, w którym by dusza moja czuła, że jest pod opieką i kierownictwem samego Boga.

Bóg mój, jedyny władca duszy mojej, niech mną kieruje, niech uczyni mnie taką, jaką mnie pragnie mieć tu na ziemi. Wiem, że Twojej Matce, mój Jezu, tylko okryć mnie swym płaszczem opiekuńczym a wszystko, wszystko co niepotrzebne z pamięci mej uleci, a Sam Bóg Ojciec z Synem i z Duchem Świętym będą żyli w duszy mojej.

Ach, jak jestem jeszcze obojętną na wszystkie otrzymane łaski z nieba. Nie umiem ich należycie ocenić i za nie szczerze dziękować.

Boże mój, Miłości moja jedyna, tęskno mi do całkiem innego życia, tak zewnętrznego jak i wewnętrznego. Chciałabym mieszkać w ciszy, z dala od ludzi, zgiełku i świata. Cieszyć się jedynie miłością Duszy Pana mego. To moja radość, to moje szczęście byłoby również radością i szczęściem mego Pana, gdyż jedynie miłość dusz Jego stworzeń może ugasić pragnienie Jego Duszy.

Ach, kochać Ciebie, Jezu mój kochany – to znaczy żyć w niebie.

Nigdy w życiu moim nie pragnęłam śmierci, a teraz bardzo jej pragnę, bo wiem, że po śmierci życie wieczne następuje i jest z Tobą w Tobie. Wiem, że jeżeli umrę, choćby w tej oto chwili – cieszyć się będę Życiem.

Ty jesteś życiem. Więc jeżeli będę z Tobą ściśle zjednoczona miłością, już nigdy więcej nie umrę, choć dusza żyć będzie jeszcze w ciele tu na ziemi.

Ach, wiem, że trzeba jeszcze wiele razy w życiu umierać, by dobrze umrzeć prawdziwą śmiercią, a raczej – by prawdziwie żyć zacząć, życiem prawdziwym. Pragnę umrzeć, by żyć dalej, choćby nawet na ziemi i to w ciele lecz już życiem innym, nie ziemskim, a życiem duszy zatopionej w niebie. Chcę powiedzieć, że pragnę, bym już nie ja żyła, a żył jedynie Chrystus we mnie.

To samo pragnienie jest i Chrystusa Pana, lecz temu zjednoczeniu jedno jest przeszkodą – oziębłość, lenistwo ducha i opieszałość moja.

Czuję, że wszyscy, wszystko czeka na mnie, kiedy to ten lód duszy mojej ruszy?... Kiedy to moje ospałe serce, leniwa wola się obudzi?...

Wiem, że nieopisanie wielkie łaski czekają mnie, jak i inne dusze. Lecz aby to się stało, muszę się dźwignąć i umrzeć dla siebie.

31 X 1919.

(--) Na początku mego nawrócenia myślałam, że dopuszczam się pewnego zuchwalstwa, pragnąc zostać służebnicą Jego [Chrystusa]. On mnie miłośnie coraz bardziej pociągał i niespostrzeżenie dla mnie samej, przemieniał mnie w służebnicę, a potem w oblubienicę Swoją.

Dziś, czuję, że wszystko, co Jego obchodzi, jest moje, więc i mnie odchodzi żywo. Jego boleść jest moją boleścią. Jego radość staje się radością moją. Nie ma we mnie w tej oto chwili radości, która jego radością by nie była, nie ma boleści, która by nie była Jego boleścią.
Chcę powiedzieć, że nie czuję w sobie radości i boleści, które by Jego nie były, To znaczy, że nie mam już swoich samolubnych, drobiazgowych radości ani boleści.

Cieszy mnie to, co Jego cieszy. A Jego cieszy moja miłość ku Niemu.
Boleję nad tym, co jest Jego boleścią. A Jego boleścią jest, że jeszcze Go nie tak kocham, jak bym mogła kochać Jego − Boga.

Czuję, że nie tylko obchodzi mnie moja własna dusza i cieszę się jej zjednoczeniem z Bogiem, lub boleję nad jej oziębłością. Lecz dusza moja wychodzi z ograniczonych ramek duszy, ducha mego – oto ta moja dusza zatraca pamięć o sobie, a pragnie zbawienia dla wszystkich (--).
Kochać Boga, to kochać całą ludzkość, a kochać ludzkość, to dopomagać jej i pragnąć jej zbawienia.

Pragnąc zbawienia dla ludzkości, to przyczyniać się do uczczenia Boga.
Kochać Boga, to ubiegać się o dusz zbawienie.

Kto kocha Boga, ten nie próżnuje, gdyż pracuje na chwałę Jego, nad dusz ludzkich zbawieniem, chcąc w ten sposób spełnić pragnienie Jego miłości.
Miłość Duszy Chrystusowej ku duszom ludzkim, to jedna rana boleści. Gdyż miłość Jego jest nieodwzajemniona, nie jest mu odpłacona, oddana należycie z miłością.

On kocha nie tak krótko, jak człowiek, a całe tysiące lat, bez początku i bez końca.
Ach, dziwne, dwa tysiące lat temu Chrystus konał z miłości na krzyżu. A dziś tak − jak gdyby w tamtej chwili − wyczuwałam to samo Jego pragnienie miłości.

Często bywa, że w duchu staję przed Nim Ukrzyżowanym i pytam się Jego, czego od nas, oblubienic Swoich wymaga, pragnie? – I pytam, jakie wtedy było Jego pragnienie, co od nas oblubienic Duszy Jego i w jaki sposób chce, żebyśmy te Jego pragnienia dziś wypełniły.

13 XI 1919.

(--). Dusza żyjąca życie zakonnym, całkiem poświęconym Bogu, to dusza, na której promień Boży może spoczywać, może życie Swoje w niej rozwinąć i prowadzić ją do ojczyzny niebieskiej, dla której ona była i jest stworzona i przeznaczona.

Życie zakonne, to modlitwa gorąca, bezustannie unosząca się do Boga i brzmiąca w niebie, to życie duszy na ziemi, duchem przebywającej w niebie.

Klasztor, to ogród Boży na ziemi, w którym rosną kwiaty nieśmiertelne na chwałę Jego świętą.
Życie zakonne, to życie, które strumień łask Bożych sprowadza na ziemię z nieba.
Bóg w tym ogrodzie duchem przebywa, ucząc Swoje dzieci miłości Boga dla Boga.
Miłość zakonnicy to światło w zmroku ziemi, to cień promienia Bożego, który w jej duszy spoczywa. Cień to nie zmrok, smutek jaki lub ciemność, a odbicie tego, co w jej duszy żyje – świta.

Bóg pragnie w duszy zakonnej dziewicy znaleźć dla Siebie życie.
On chce oddychać tchnieniem jej miłości świętej. Pragnie tak jednoczyć jej duszę ze Swoją Boską Duszą, by życie jej tu na ziemi nie było bez życia… Duszy Chrystusowej w jej duszy.
Życie zakonne, to miłość wcielona w duszę oblubienicy Bożej; [to] życie oblubienicy, w której duszy miłość Boża się wciela.

Żyć w zakonie, to dać miłości Bożej wcielać się w jej duszę, to dać Bogu oddychać duszą swoją, która należy już wyłącznie do Boga (--).

9 XII 1919.

Moja najmilsza, jedyna Matko, wiem, że czuwasz nade mną we dnie i w nocy, czyniąc duszę moją z każdym dniem piękniejszą. Czuję wyraźnie troskliwość Twej Duszy około kształcenia duszy mojej dla Boga.

Chcesz ją uczynić niebiańsko – słodką, czystą, wrażliwą na każdą łaskę otrzymaną z nieba; chcesz tak upiększyć wnętrze duszy mojej, by Syn Twój Jedyny Chrystus, a mój Oblubieniec Boży, miał z niej pociechę i radość na ziemi.

Przed kilkoma dniami, gdy żaliłam się Tobie, że moja miłość do Boga i dziękczynienie Jemu jest nikłe, słabe, mówiłaś mi Matko Najświętsza, że mam wciąż zatapiać wzrok mej duszy w Twojej Duszy Najświętszej.

Mówiłaś mi, ach, z jakim zapałem, aż prawie że z prośbą, bym wciąż czerpała miłość i dziękczynienie Bogu w Twojej, tak oddanej Jemu Duszy.

Mówiłaś Matko, że porywy miłości i dziękczynienia Bogu mam jednoczyć z Twoją miłością i Twoim tak miłym i podobającym się Bogu – dziękczynieniem.

Ach Matko, co za szczęście odczuwać w duszy swojej tę miłość, troskliwość Twoją, którą roztaczasz z taką słodyczą nade mną, oblubienicą Duszy Syna Twojego.

Ty, Matko miłosierdzia, nad wszystkimi duszami tak troskliwie czuwasz, gdyż pragniesz wszystkie pociągnąć do Boskiego Syna Twego. Pragnę tobie, moja Matko, wywdzięczyć się za wszystko nieskończoną miłością i dziękczynieniem Bogu.

Ty jesteś Matką Słowa, które na początku było u Boga, a Bogiem było to Słowo, które Ciałem się stało w Tobie przez Twoją świętość, czystość niepokalaną, a teraz mieszka i między nami, a nawet w nas, duszach naszych nieśmiertelnych.

Któż mnie lepiej nauczy kochać Boga i dziękować Jemu, jak nie Dusza Matki Boga-Człowieka. Ona, ta jasna Dusza dziewicza, lepiej od nas wszystkich zna i kocha Boga, więc Ona nauczy nas może i najbardziej udzieli nam poznania tego Boga przez Swoją miłość ku Niemu i dziękczynienie.

Wiem z doświadczenia, że zatopiwszy swój umysł w Duszy Matki Najświętszej, czuję w niej niebo, które Ona i nam pragnie uchylić i udzielić z tego nieba skarbów Bożych dla świata.
Co za spokój, szczęście, miłość, moc, dobroć niebiańską czuje się w tej Duszy Niepokalanej; czuje się, że Bóg w niej przebywał i przebywa wiecznie, tj. że Dusza Jej była w Bogu, nie odchodziła na chwilę od Niego i powróciła na łono Jego Boże. Dziś pragnę jedno uczynić dla mojej Niebieskiej Matki – to stać się podobną do niej przez łaski, które Ona Matka mojego Pana [dla] mnie uprasza w niebie.

Wiem, że w krótkim czasie Jej Dusza Najświętsza może mnie całkiem przekształcić, przemienić, lecz do tego jedno jest potrzebne: kochać Boga i dziękować Mu tak, jak Ona Go kocha i dziękuje Mu w niebie, więc pragnę kochać i dziękować za pośrednictwem Jej Najświętszej Duszy.

Spójrzmy w Jej duszę, a wszystko, co tam ujrzymy będzie tchnęło jedynie miłością i dziękczynieniem ku Bogu (--).

Matko Najsłodsza, pragnę otoczyć Duszę Syna Twego taką miłością, jaką Tyś Go otaczała leżącego w żłóbku w stajence Betlejemskiej.
Ach co za piękny obraz roztacza się przed oczami duszy mojej.
Dziewica – Matka pochylona nad Swym Synem, Bogiem-Człowiekiem.

Któż zdoła pojąć i odczuć te uczucia, które Ona, ta Matka pełna miłości, miała w tej oto chwili w Duszy Swojej niebiańskiej.

O, te uczucia są tak drogie dla Niej samej, że udziela ich tylko tym duszom czystym, w których widzi to podobieństwo do Jej Dzieciątka Jezus.

Boże Drogi, jak pragnę stać się tym czystym, niewinnym dzieckiem w oczach Twoich, o Panie, by móc choć w malutkiej cząsteczce odczuć te święte uczucia Maryi, Matki do Syna nowo narodzonego.

Matko Najświętsza, uczyń duszę moją pięknym, nieśmiertelnym, miłym, żywym żłóbkiem dla Duszy Syna Swego. Ach, niech ta dusza moja, ten żłóbek wiecznie żywy, będzie dla Niego miejscem słodkiego odpoczynku.

Niech On w nim tak promieniuje, jak w tę noc pamiętną – noc narodzenia Swojego Bożego.
Chcę żyć jedynie dla Chrystusa. Chcę Mu być rozkoszą tu na ziemi i w niebie.
Ach wiem, że dusza moja jest drogim skarbem Chrystusa, dla którego On przyszedł tu na ziemię.

O Matko moja, jak jesteś szczęśliwa, posiadając Syna Swego całkowicie bez podziału. Naucz mnie kochać Dzieciątko Jezus Twoją miłością, o Matko, gdyż Ono jest tak obojętnie przyjęte przez dusze ludzkie tu na ziemi (--).

15 XII 1919.

Przed miesiącem będąc w kościele usilnie prosiłam Matkę Najświętszą o uwolnienie nas od nieszczęśliwych, zbłąkanych dusz, które takie klęski ludziom przynoszą. Nie prosiłam o ich nawrócenie, chociaż to jest najgłówniejszą potrzebą dusz, a wtedy pragnęłam jedynie uwolnienia naszego miasta, kraju od tych okropnych ludzi.

Będąc zamodloną ujrzałam w duchu Matkę Najświętszą w nadzwyczajnej bieli zwrócona ku mnie prawym profilem. Trzymała w prawej rączce Swój płaszcz przeźroczysty i robiła nim ruch, jak gdyby coś drogiego, nieszczęśliwego chroniła przede mną niemiłosierną.

Ta postać cudownie piękna była tak przepełniona miłością do tych zbłąkanych owiec Swojego Syna, że i mnie udzieliła się ta słodycz, napełniając duszę moją uczuciem miłości i współczucia dla tych biednych, chorych, zwyrodniałych na duchu braci.

Dziwny był to obraz. Widocznie Matka Najświętsza ukazała mi się wtedy jako Królowa rodzaju ludzkiego, bo na Jej przepięknej główce odkrytej białym welonem, była wysoka, mała, złota korona.

Ach, co za miłość. Co za troskliwość, słodycz, miłosierdzie biło z tej Boskiej postaci. Czuło się w niej uosobienie miłości Boga, obraz i podobieństwo Jego Boskie.
Dziwnie słodki spokój wlał się w tej chwili w duszę moją, gdyż czułam, że czas może już krótki został do ich nawrócenia. Czułam, że Matka Najświętsza wielce się opiekuje, wstawiając się wciąż za nimi przed Bogiem. Lecz zarazem czułam, że Ona, ta święta Królowa nasza pragnie żebym i ja duszą moją wzięła żywy udział w tym Jej wstawiennictwie.
Ach Matko Najświętsza, jaka Ty piękna, jaka miłująca dusze nasze.

Obecnie, gdy się modlę o pokój, widzę tę przecudną postać wstawienniczki naszej przed Bogiem i nieopisana radość wstępuje w duszę moją, bo wiem, że ludzkość nie jest osierocona, gdyż ma Matkę, Królową nieba i ziemi (--).

24 I 1920.

Złota puszko, w której przechowuje się Przenajświętszy Sakrament.
Ach, jak mogłabyś być szczęśliwą z Pana, którego w sobie przechowujesz. Lecz, niestety, nie odczuwasz, nie możesz dać siebie przekształcić w tegoż Pana wszechświata. Chociaż ty we dnie i w nocy w sobie zawierasz cud miłości Boga, ten cud nad cudami, gdyż Boga samego z Ciałem, Krwią, Duszą, Bóstwem. Jednak patrz na mnie, duszę nieśmiertelną, stworzoną przez Tegoż Boga na obraz i podobieństwo Jego. Patrz, jaka ja jestem szczęśliwa.

Ten Bóg do mnie każdego dnia przychodzi, przekształca mnie, przemienia, czyniąc Sobie z duszy mojej, miłującej Go, mieszkanie, w którym z czasem pragnie na stałe zamieszkać.
Tak, dusza moja, to mieszkanie Chrystusa Pana; ono nie będzie zimnym, zawsze milczącym, o nie, po tysiąckroć nie. Mieszkanie to będzie całe przejęte miłością i dziękczynieniem dla Pana swego, który jest dla Niego jedynym życiem (--).
Spójrz [duszo], jak ten Pan wszechświata ciebie miłuje; On we dnie i w nocy na cię czeka. Czeka, kiedy to dusza, krwią miłości odkupiona, przyjdzie do Niego i powie Mu: Jezu, słodki mój Przyjacielu, Boże Zbawco duszy mojej, kocham Ciebie za Twoją miłość ku mnie. Tyś tak tęsknił za mną, a ja byłam obojętną i zimną jak ta złota puszka, w której czekałeś na mnie wieki całe.

O, nie chcę już być tak mroźnie zimną dla Ciebie, nie chcę; rozumiesz, mój dobry Panie? Chcę i pragnę całego Ciebie otulić gorącą miłością duszy, która obudzona z mroźnego stanu obojętności, cała jaśnieje uczuciem dziękczynienia i wdzięczności ku słońcu swojemu, którym Ty jesteś dla niej na wieki, o Boże.

Duszo ludzka, puszko żywa, nieśmiertelna, obdarzaj Boga, Pana twego, złotym uczuciem miłości i dziękczynienia. Dosyć już byłaś obojętną, zimną, a z zimna prawie zamrożoną, nie dając nawet rozgrzać Panu duszy swojej.

Spójrz, jaka jasność bije z tej złotej puszki, jasność żywota wiecznego. Spójrz, ta jasność do ciebie się zbliża i oto już pochylił się i objął duszę twoją w Swoje boskie objęcia. Ach, co za niebiańskie szczęście…

Chrystus, ten słodki Pan już w tobie zamieszkał. Puszka złota była chwilowym mieszkaniem, a dziś dusza twoja stała się nim na wieki.
Spójrz, jak Jego Boska Dusza słodko w twojej duszy odpoczywa.
Patrz, jak On się cieszy twoją miłością i dziękczynieniem.
Jezu, mój Boże, jak Ciebie kocham, za tak niepojętą dla nas Twoją miłość. Pragnę żyć, ach, jak pragnę żyć, i to jedynie dlatego, by wszystkie żyjące dusze na świecie, powołać, pociągnąć i w ich duszach uczynić piękne dla Ciebie mieszkania, w których byś żył, odpoczywając tu na ziemi, a później w chwale Swojej z nimi w Niebie.

Notatki spisane w Prądniku Białym w dniach 20 VIII 1923 – 8 VIII 1929

20 VIII 1923.

(--) Zbyt głęboko poznałam Boga, Jego miłość, Jego wolę, abym mogła być leniwą w pociąganiu innych do Niego.

Moje zbawienie polegać winno na tym, aby wejść do królestwa niebieskiego nie sama, a z wielu, wielu duszami, gdyż inaczej nie odpowiem swemu przeznaczeniu i za to słuszna kara będzie mi się należała.

Komu wiele dano, od tego będzie wiele żądano, gdyż winien on wiele przynieść owocu (--).
Z braku mego uświęcenia tyle dusz ginie, gdyż uświęcenie jednej duszy dźwiga inne. Muszę dać się Jezusowi uświęcić, aby przez to i inni dostąpili szczęścia wiecznego. Krzywdę, nieskończenie wielką krzywdę wyrządzam Bogu, sobie i ludzkości, jeśli nie zostanę świętą – gdyż dla tego jedynie Bóg mnie stworzył. Jeśli nie będę współdziałała z łaską Jego woli najświętszej – biada mi, odrzucenie stanie się moim udziałem, zamiast wiekuistej chwały. Pracować ile sił starczy, aby żaden grzech duszy mojej nie skaleczył, a jeśli takie nieszczęście spotka – czym prędzej oczyścić się w sakramencie pokuty (--).

Jeżeli komuś czynisz napomnienia i uwagi, czy to w pracach jego duchowych czy fizycznych, a on nie czyni według twych wskazań przez zapomnienie czy z innych przyczyn – ćwicz się wtedy sama w cierpliwości, łagodności, a w cichości roztropnej i w wytrwaniu dobijaj się tego o czym pouczałaś, a skutek będzie owocny, pełen zasług.

21 VIII 1923.

Jeśli jesteś przełożoną lub mistrzynią, to tym bardziej pracuj w ten sposób, aby cudze niedoskonałości przez twoją pracę nad sobą dały wzrost duchowi twojemu, doskonały przykład bliźnim, sprowadzały łaskę na duszę upominaną jak i na Zgromadzenie. A wtedy z latami dojrzejesz w prawdziwie Bożą córkę, doskonałą siostrę i przyjaciela Chrystusa Pana.
Uprzytamniaj sobie nieskończoną cierpliwość Boga względem ciebie.

Pamiętaj, o ile doskonalej potrafisz znosić przewinienia dusz tobie przez Boga powierzonych, o tyle Bóg twoje wyrozumie i przebaczy. Za tę pracę czeka cię wielka chwała zjednoczenia z Bogiem.

Pamiętaj, że to warunek i okoliczności, w których Pan Bóg chce twojego uświęcenia. Korzystaj, nie trać żadnej okazji ani chwilki. A to dlatego pracuj w ten sposób pilnie, aby twoja niedojrzała dusza ostra, despotyczna, sucha, gderliwa, podejrzliwa, uparta, dokoła budząca bojaźń, nienawiść, ciężar, stała się piękną, wnoszącą wszędzie pokój, miłość, radość, zamiłowanie do pracy wewnętrznej.

Musimy zawsze pamiętać o wzorze, który Jezus dał nam przy Ostatniej Wieczerzy, umywając nogi apostołom – całował je z miłością najświętszą.

Zarówno i my czyńmy wszystkie uwagi i przestrogi dla oczyszczenia dusz bliźnich z żarliwą miłością, aby ona pocałunkiem pokoju obmyła dusze bliźnich z błędu, niedbalstwa, złych nawyknień, itd. i zbliżyła je do Boga, a nas uświęciła w cichości i pokorze, pełnej energii Bożej.

22 VIII 1923.

Przed spowiedzią świętą Chrystus Pan dał mi w natchnieniu zrozumieć, że największym moim grzechem jest – opieranie się łasce Bożej, gdyż często czując w sobie działanie łaski powstrzymującej od upadku, opuszczam ją i to opuszczenie było daleko większym grzechem, aniżeli sam grzech, bo pomoc Bożej miłości, zlana na duszę w łasce wytrwania w dobrym, zdeptana była przez lekkomyślność duszy.

Wielką, niepojęcie wielką krzywdę czynimy Bogu wtedy, gdy te chwile łaski trwania i wzrostu w dobrym odrzucamy.

Boli to Jezusa niezmiernie, gdyż ginie objaw dobroci Bożej, pragnącej w duszy naszej się rozlać i przejawić, i swoją ożywczą moc dać wzrost w uczestnictwie dziecięctwa Bożego.
To straszna zniewaga, wyrządzona przez nas Bogu – i to odczułam doskonale, że często tym wielkim grzechem – marnowania łaski odrodzenia i wzrostu – obrażałam Najświętszego Boga Ojca.

Sama niedoskonałość natury i z niej wypływające postępki nie tak bolą Jezusa, jak nasza niewdzięczność i brak oceniania łask, które Bóg daje duszy niedoskonałej, ale dążącej do doskonałości życia i zjednoczenia z Bogiem (--).

23 VIII 1923.

O tyle większy postęp w drodze do doskonałości będzie czyniła ta przełożona, mistrzyni, która nigdy nie zapomni o tym, że Bóg ją powołał aby innym służyła, tak jak Chrystus − Syn Boży, który pomimo że jest Mistrzem najwyższym i Zbawicielem zarazem, nie co innego czyni, jak przez tysiące lat każdej duszy bez wyjątku służy.

A więc Bóg cię postawił nie panować nad duszami i rządzić nimi, a służyć im dobrym przykładem, pomocą, uczynnością, cierpliwością i nieskończoną miłością.
Nie po to Bóg tobie dał stanowisko, które On Sam tylko godzien zajmować, żebyś innych do uświęcenia prowadziła a sama ginęła, a po to, ażebyś ty pierwsza świętością jaśniała i do tej jasności wiekuistej prowadziła wszystkie dusze tobie powierzone.

Niech światłość prowadzi do światłości, gdyż inaczej ani sama, ani nikogo innego do światła nie doprowadzi, a tylko w ciemność.

Trudna jest to praca prawda, ale Bóg, który cię do niej powołał jest wszechmocny, On da siły i zapał i światło i wzrost, jednego potrzeba – wierności Bogu.

Na to Pan Jezus cię na wyższe miejsce stawia, ażebyś służąc w pokorze, wszystkim w cichości przyświecała.

Kto zajmując pierwsze miejsce potrafi oddawać bliźnim najniższe posługi – znosząc ich wady i ułomności, karcąc ich dobrym przykładem, ten prawdziwie godne swej pracy zajmie u Boga miejsce.

Wszystkie ciężary i trudy obowiązku [trzeba] znosić w cichości, pomnąc, iż każda chwila dźwigania jarzma, które Bóg z woli Swej najświętszej na ciebie nałożył, jest słodka, pomimo to, że może swoją ciężkością do ziemi przygniata. Jarzmo to lekkie, bo łaska Boża jemu towarzyszy, dając nieskończone zasługi twej duszy. Jest lekkie, bo wszystko co od Boga jest lekkie, czy to cierpienia, czy boleści, czy ciężar, − wszystko jest lekkie, bo czyni duszę czystą a więc wolną.

25 VIII 1923.

Czystość duszy utrzymać można zarówno przy współżyciu z bliźnimi, nie zgłębiając, a więc nie roztrząsając upadków, ich złych nawyknień i niedoskonałości, a zawsze utrzymywać duszę własną w dodatnim ku nim usposobieniu. Panu Bogu nad wyraz miłym jest posiadać duszę, która nie kala umysłu, serca, a więc i duszy swej cudzymi niedoskonałościami, a zawsze pozostaje czysta, wolna, zachowująca siłę moralną i duchową tak jak promień słońca, który nigdy siły swej nie traci, wciąż światło ze siebie udziela.

Jeżeli nie masz obowiązku wpatrywać się w duszę bliźniego, aby widzieć jego złe strony i przez to jemu dopomagać w oczyszczaniu się, pouczając go o czystości, jeśli nie masz tego trudnego obowiązku, to pilnie pracuj nad tym, aby nie wypatrywać wad w bliźnim. Nawet, gdy je widzisz mimo woli, to nie kalaj swej duszy przez wgłębienie się w niedoskonałości bliźniego, gdyż Bóg chce ciebie mieć czystą, jak On Sam jest – pomimo, że widzi najmniejszy cień naszych grzechów, jednakowoż Sam tym grzechom nie kala Siebie. Tak i my musimy czystość duszy, otrzymaną od Jezusa, widzeniem grzechów bliźnich naszych nie kalać – bo grzech sam przez się jest czymś nieskończenie ohydnym, a więc nie dajmy mu odzwierciedlać się w nas. Dosyć krzywdy Bogu z grzechu, popełnionego w duszy innej, dosyć. Po cóż tą niedoskonałość lub grzech rozsiewać?

Z tego wynika, że musimy gorliwie pracować nad tym, aby niedoskonały świat myśli, uczuć, uczynków nie odbijał się w nas; natomiast świat nadprzyrodzony, aby się w nas nie tylko odbijał, ale się przejawiał.

Życie nadprzyrodzone posiada bardzo subtelne linie. Ono snuje się z prawdy, miłości, szczęścia.

Dusza, w której żyje prawda, miłość, szczęście – już nie daje się łatwo uwodzić światu kłamstwa, nienawiści, obłudy. Musimy sumiennie pracować, aby wyzbyć się wszelkiego rodzaju zwyrodnienia i ducha jemu pokrewnego, czyli niedoskonałości. Szczęśliwa dusza, w której żyje świat piękna, bogactwa i doskonałości – szczęśliwa, gdyż ona daje życie i budzi życie dokoła.

Ach, stać się duszą świetlaną, w której nie tylko, że własny grzech nie ma miejsca, ale i cień grzechu bliźniego nie odzwierciedla swoich ponurych deseni. O, gdyby takie dusze żyły gęściej i częściej na ziemi.

18 V 1925.

Zrozumiałam, że na skupienie w Bogu, pamięć na obecność Boga, obudzanie w sobie intencji, aktów, lub na inne ćwiczenia duchowne, mamy niejako wymówkę przed Bogiem, lecz na poczucie szczęścia w duszy swej nie mamy, gdyż na to ani czasu, ani warunków nie potrzeba – jedno we wszystkich chwilach i warunkach życia mieć to usposobienie – być szczęśliwą, szczęśliwą w Bogu. Największa z tego płynie chwała, gdyż dusza katolicka i w cierpieniu prześladowania i w chorobie, ubóstwie, głodzie, chłodzie, czy to w duchowym, czy cielesnym, zawsze jest szczęśliwa w Bogu, przez to przejawia najdoskonalej cnotę wiary, nadziei, miłości, wierności i jest to cała tajemnica uświątobliwienia – mocy i zjednoczenia z Bogiem.

Mieszkańcy królestwa niebieskiego z zachwytem spoglądają na triumf Boga w takiej duszy, żyjącej na wygnaniu w czasie próby. Taka chwała, jeśli można przyrównać, jest większa aniżeli dusz już żyjących w chwale, gdyż tam nie ma już przeszkód, walk, ani z naturą, ani z okolicznościami, ani z szatanem – tam dusza cała zatopiona w Bogu, przeniknięta Bogiem, chwali Boga, w Bogu, a tutaj – na wygnaniu? Co krok trudności, przeszkody i to do końca życia ziemskiego.

Dusza ćwicząca się w wyżej wymienionym usposobieniu, staje się po prostu cudotwórczynią, gdyż zawsze wychodzi zwycięsko i nad ciałem, jego wrogami, i nad duszą ułomną i jej wrogiem – szatanem.

21 V 1925

Nigdy nie dziwić się upadkom bliźnich, a tym bardziej osób wydalonych, lub opuszczających Stowarzyszenie. Przez to zdziwienie dowodzę, iż zapomniałam o tym, jak skłonną jestem do złego, a jeśli je w mniejszej mierze popełniam, przyczyną jest jedynie łaska Boża i obecność Pana w duszy, a nie doskonałość moja. Zawsze pamiętać trzeba, że dusza jest bardzo krucha i słaba, w dziecięcym stanie, silna wtedy, gdy Bóg ją wspiera i pomnaża Moc Swoją (--).

Muszę sobie często uprzytamniać, że moje choćby najmniejsze uchybienia są nieznośne i ranią Najświętszą Duszę Oblubieńca Boskiego bardziej, aniżeli grzech takiej duszy, która jest poza Stowarzyszeniem (--).

Muszę dla tych osób być pełna wyrozumienia i współczucia, i nigdy nie mówić o nich ujemnego słowa, chyba, że tego wymaga bardzo ważna przyczyna lub pożytek duchowy, zaś mówić o tym złym bez najmniejszej niechęci i urazy osobistej, lecz ze współczuciem, przepraszając w duchu Boga. Pamiętać muszę, że taka osobą jest bardzo narażona na wpływ szatana, on z niepojętą dla nas siłą rzuca się na nią, jako na zdobycz, przez którą chce uderzyć na dzieło Boże, tj. na Stowarzyszenie. Więc szczerze i gorąco trzeba się modlić za tych, których wydala się lub opuszczają Stowarzyszenie, aby nie dali się uwodzić szatanowi, a dalej służyli Bogu w czystości i wytrwaniu.

A więc nigdy o wyżej wymienionych osobach źle nie myśleć ani mówić, także nie wyczuwać niechęci do nich, a też nie dziwić się ich postępowaniom niedobrym.

Dziwiąc się, obudzamy w sobie niepotrzebne i fałszywe nieraz przypuszczenia, posądzenia, obrzydzenia, złośliwość, złą pamięć, a więc możemy łatwo wpaść w grzechy, szkodząc najbardziej sobie, a więc Stowarzyszeniu. W ten sposób możemy się stać igraszką szatana.

Niech świętość Duszy niepokalanego baranka zawsze w nas promieniuje i błogosławieństwo Boże ściele na wszystko, na co tylko promień naszego ducha padnie tak, jak słońce świeci równo na grzesznika jak i na sprawiedliwego.

23 V 1925

Odprawiając w dzień pierwszy rekolekcji „Drogę Krzyżową”, z wiarą i żywością pytałam Pana Jezusa, dlaczego On tak cierpiał i był tak poniewierany? Pytałam tak gorąco, serdecznie, szczerze, jakbym nie wiedziała dlaczego On cierpiał.

Gdy uczułam zjednoczenie z Panem Jezusem osądzonym na śmierć haniebną i wyczułam stan Jego ducha, usłyszałam Go w głębi mej mówiącego: „Dlatego tak trudną, krwawą drogę obrałem, aby móc dojść do mojej oblubienicy najdroższej i zdobyć sobie ją na własność − na wieki” (pod słowem „oblubienicy” rozumiałam w ogóle duszę ludzką).

„Trudna jest droga Moja do ciebie, o bardzo ciężka, mozolna i krwawa”. Odczułam, że mówi o życiu Swoim obecnie we mnie, i tutaj zaczął tak serdecznie płakać, tak żalić się gorąco, że łzy, jakby pożyczone od Jezusa, zaczęły płynąć obficie z oczu moich, a o które u mnie tak bardzo trudno.

Przed rozpoczęciem „Drogi Krzyżowej” nie byłam usposobiona należycie do modlitwy, ale Jezus Swoją żałością słodką, subtelną wszystko we mnie poruszył i dziwnym światłem sumienie moje oświecił.

Nie widziałam wyraźnie grzechów moich, ale krzywdę, którą Jemu najlepszemu wyrządziłam i wyrządzam.

Wyczułam, jak Go męczyłam tym, że obraz Boży w sobie tak grzechami zeszpeciłam – a teraz, gdy już go odzyskałam – na nowo Jezusa umęczam już lżejszymi grzechami, ale które są również Jemu wielkim ciężarem i bólem nieznośnym, gdyż On pragnie we mnie żyć, a ja Jemu przez swoje ułomności, lekkomyślność, roztrzepanie nie daję tego, czego On we mnie szuka i co pragnie posiadać. O, cóż to za praca! A jakiego zaparcia się trzeba!
O, gdybym to ja mogła posiąść inną pamięć, wyobraźnię, inny rozum, wolę, serce, gdyby wierność moja była stała, głęboka i subtelna, wtedy by mój słodki Jezus miał inne życie we mnie. A tak On tęskni, ufa, czeka i wciąż cierpi dokuczliwie. Wiem doskonale, że jako Bóg, a nawet jako Człowiek pełen chwały i szczęścia wiekuistego, nie może cierpieć, lecz te cierpienia, o których mówię, są zupełnie inne, aniżeli my sobie wyobrazić możemy.
Jezus żyjąc w duszy, nie może być obojętny na jej upadki i niedoskonałości. On taką siłą pożądał duszę ludzką, On tak ją ukochał i z Ojcem zjednoczyć zapragnął, iż nie może z zimną obojętnością znieść tego, co się w łonie tej duszy dzieje, a którą chce w Siebie przyoblec i najściślej ze Sobą Bogiem zjednoczyć (--).

17 VIII 1925.

Sposób udzielania bliźnim Jezusa, żyjącego w nas, jest potęgowaniem Jego życia – po prostu mówiąc możemy rozwijać wzrost Jezusa w bliźnich i od tego właśnie zależy nasza płodność nadprzyrodzona, a wzrost Jezusa w nas i dookoła nas w duszach ludzkich. Jeśli potrafimy spojrzeć na bliźniego wejrzeniem Chrystusowym: z przyjaźnią, życzliwością, z wyrozumiałością, uczynnie, ze współczuciem; jeśli czymkolwiek w bliźnim obudzamy Boże uczucia – zaufanie, przyjaźń, pragnienie poznania Boga, miłowania Go, oczyszczenia duchowego, pragnienie chwały tegoż Boga, uczynności, obudzimy zainteresowanie do życia wewnętrznego, tym samym udzielamy Go bliźnim, łączymy Jezusa żyjącego w nas z bliźnim, a bliźniego z Jezusem. W ten sposób Jezus mieszkający w nas będzie mógł udzielać się duszom ludzkim – On wtedy królestwo Swe Boże zakłada i szerzy na ziemi za naszą pomocą.

Każda dusza katolicka powinna dozwalać Jezusowi przejawiać się przez nią w udzielaniu się bliźnim, wtedy wzrost Jezusa i potęgowanie Jego obecności w nas i działanie Jego przez nas będzie wzrastać do dziwnych rozmiarów. Wcale nie jest to duch Chrystusowy, aby się zasklepiać w samym sobie, wzbogacać tylko siebie w Jezusa, a nie dawać Mu się przejawiać i uzewnętrzniać przez nas bliźnim.

Jezus uczy nas Swoim życiem ewangelicznym, że modlił się wiele ale i udzielał się bliźnim wiele, a prawdę mówiąc, modlił się, a nawet stał się człowiekiem jedynie po to, by udzielać się po wszystkie czasy ludzkości (--).

29 VI 1929.

Gdy wczoraj odprawiałam „Drogę Krzyżową” błagałam Jezusa, by raczył przez Mękę Swoją mnie wyposażyć w takie łaski, które by uczyniły moją duszę prawdziwą, czystą, świętą, troskliwą oblubienicą, gdyż chcę naprawdę zostać nią. Prosiłam Matkę Najświętszą, aby Ona przebłobosławiona Dziewica tak usposobiła mnie całą, ażeby Jezus naprawdę we mnie miał najwierniejszą Swoją towarzyszkę, najpojętniejszą i najtkliwszą przyjaźń. O, bo trzeba umieć obcować z Jezusem, On jest taki prosty, taki serdeczny, taki otwarty, a jak wielce miłujący. Żaden oblubieniec nigdy nie zdołałby dać swej oblubienicy tego szczęścia w swym duchowym, czystym zjednoczeniu, ile daje Jezus swojej umiłowanej.

Przede wszystkim (--) wyczuwa dusza w zetknięciu się z Nim wielkość Tego, który jednoczy ją ze Sobą – a nade wszystko to zjednoczenie jest tak czyste, tak święte, gdy Jego Dusza przenika naszą, że świat cały mógłby oglądać i tylko podziwiać to zniżenie się Boga-Człowieka do człowieka.

Kocham Jezusa w stanie Jego miłości do duszy naszej – ten stan oblubieńczy jest wielką świętością! Niech będzie Bóg uwielbiony w tym stanie zjednoczenia.

Dzisiaj w nocy z niedzieli na poniedziałek Jezus do mnie się zwrócił z wielką przyjaźnią pragnąc udzielać się mojej duszy. O mój Boże, już teraz nigdy nie mogę się skarżyć na to, że jestem samotna, bo przecież tak słodko do mnie przemawiasz, a głównie przenikasz taką słodyczą duszę moją, po prostu przeszywasz ją i to ogniem, który rozkosz umysłu i woli daje, gdyż chce się Ciebie kochać, o Tobie myśleć, dla Ciebie jedynie żyć i działać, a szczególnie chce się już odejść do Ciebie do nieba – tam zaczyna tęsknić dusza moja, tam Ciebie pragnie oglądać twarzą w twarz – tak chce Ciebie bez obawy utraty Ciebie cieszyć się bezgranicznie i bez końca Tobą – tam chce ona Tobą żyć. O, jeszcze rok – dwa – kilka, najwyżej kilkanaście, a będę u wrót szczęścia. O, jakżesz Cię spotkam mój Jezu?! Wiem, że Ty mnie tutaj już nigdy nie opuszczasz, lecz ja Ciebie niekiedy opuszczam lub zapominam o Tobie, lecz tam – ach, tam będziemy zawsze razem – Ty i ja – jakoby jedno.

Dzisiaj pragnę Cię kochać tak, jak nikt Ciebie jeszcze nie kochał – nie ze względu na mnie, lecz ze względu na Ciebie, bo godzien jesteś, mój Jezu tego, ażeby bardziej i bardziej Cię kochać. Pragnę również, aby moja dusza miała bezgraniczny dar kochania Ciebie – jeszcze tu na ziemi. Chcę ażebyś był ze mną tu szczęśliwy, ażeby dobrze nam było razem ze sobą. O, bo mnie tak dobrze z Tobą!

Dzisiaj z rana o godzinie 10.17 mówiłeś mi z zapałem, dając polecenie na przyszłość: „Będziesz kochała Mnie Boga przede wszystkim, nade wszystko i we wszystkim”! To polecenie jest dla mnie świętym Boga rozkazem, więc pewna jestem, że się stanie ze mną według pożądania Twego boskiego. Dalej Jezus mówił mi według Swego zwyczaju „Oblubienico Moja, pragnę byś przyozdabiała się we wszystko to, co zgłębiać będziesz w Duszy Mojej boskiej. Chcę byś była Mi równą w podobieństwie, ach! Ja tak bardzo tego pragnę – mieć przyjaźń w tobie godną Mnie tu na ziemi, a później w wieczności w niebie”!

Nie da się wszystko notować co Jezus duszy mówi, bo musiałabym wciąż z piórem siedzieć lub chodzić, a to nie tak już miłe – a zresztą to tajemnica chwili zjednoczenia, niech Bóg wie o niej i dusza tej tylko chwili, gdy to zjednoczenie trwa. O ile Boża wola będzie o tym, przypomnę sobie.

W tym dniu skrystalizowała się modlitwa dziękczynna do Najświętszej Duszy Chrystusa Pana:
„Błogosławimy Cię, o Boska Duszo Chrystusowa, błogosławimy w promieniowaniach Twej czystości w duszach naszych.
Błogosławimy Cię, o Boska Duszo Chrystusowa, błogosławimy Cię w promieniowaniach Twej miłości w duszach naszych, ku Bogu Ojcu i Duchowi Świętemu.
Błogosławimy Cię, o Boska Duszo Chrystusowa, błogosławimy Cię w promieniowaniach miłości Twej ku rodzajowi ludzkiemu.
Błogosławimy Cię, o Boska Duszo Chrystusowa, błogosławimy w promieniowaniach poświęcenia się Twego w duszach naszych dla chwały Boga.
Błogosławimy Cię, o Boska Duszo Chrystusowa, błogosławimy w promieniowaniach Twej życzliwości w duszach naszych, dla wszystkich biednych, uciśnionych i dla otoczenia całego”.
Jedno mam gorące pragnienie – być prawdziwą oblubienicą Przenajświętszej Duszy Chrystusa Pana, być wierną Jej służebnicą, kochającą we wszystkich przeciwnościach życia Jego najświętszą wolę.

8 VIII 1929.

Pragnę, całą duszą pragnę stać się oblubienicą Boga Jezusa Chrystusa, w tej intencji chcę, ażeby codziennie godzinę trwać w Jego oblubieńczej miłości – On tylko i ja – nas dwoje musi trwać w miłosnym zjednoczeniu. Ani żadna troska, ani pamięć na coś lub na kogo nie powinna przeszkadzać naszemu oddaniu się nawzajem. Jezus tego ode mnie, jako od oblubienicy Swojej wymaga. Muszę mu zadość uczynić i spełniać swój obowiązek oblubieńczy. Trwać w Jezusie to żyć Nim! A dusza moja musi Nim żyć, do tego jest stworzona i po to ją Bóg wyrwał od wszelkiego przywiązania do życia, ażeby w niej znalazł życie Swoje – Jezus to moje jedyne pragnienie, pragnienie posiadania Go całkowicie.

Pragnę być Jezusa najbardziej kochającą i podobającą się Jemu oblubienicą. Żywię wielkie pożądanie Jego miłości wyjątkowej do duszy mojej nie tylko jako do stworzenia, lecz ażeby Jezus pałał zarówno boskim pożądaniem posiadania mej duszy – jako oblubienicy Swojej, bo pragnę wzajemnego kochania. A wiem, że Jezus tego ode mnie pragnie i żąda. Chcę żyć w Jego miłości miłując, radując się i uszczęśliwiając bez granic. Wiem, że Jezus mnie kocha oblubieńczą miłością, wiem bo jej doświadczam, lecz pragnę, ażeby ona stała się trwała i stała.